wtorek, 27 września 2016

Rozdział III




Rozdział III – Alison i rycerze okrągłych pętli.



Alison

Wstałam parę minut po siódmej. Oczywiście nie wyspana, bo towarzyszyłam Madeline do jedenastej w nocy. Kiedy wróciłam do sypialni zdążyłam jedynie przywdziać piżamę i zasnęłam.
  Rano zaścieliłam łóżko i ruszyłam pod prysznic. Zastanawiałam się, czy Madie już oddała swoją pracę domową. Według mojego zegarka miała jeszcze prawie czterdzieści minut.
Wysuszyłam włosy za pomocą prostego zaklęcia i ubrana w mundurek wróciłam do swojego dormitorium. Juliett zdążyła już wstać i właśnie przygotowywała dla siebie ubranie. Ja zajęłam się pakowaniem plecaka na dzisiejsze lekcje. Uśmiechnęłam się szeroko, kiedy spostrzegłam, że dwie pierwsze godziny mam ze Ślizgonami, to oznaczało cały poranek w towarzystwie Camilli i Madeline. Już miałam zejść na śniadanie, ale zatrzymała mnie Julie.
– Które? – zapytała. W lewej ręce trzymała parę czarnych butów na dziesięciocentymetrowej platformie. Z tyłu miały nabite srebrne ćwieki i obuwie wyglądało bardziej jak narzędzie tortur niż cokolwiek innego. Aż bałam się spojrzeć na drugą parę butów, którą wybrała Julie. Miała dość specyficzny gust, ale większość Hogwardzkiej młodzieży zdążyło się do tego przyzwyczaić. Z ulgą stwierdziłam, że jej drugim wyborem były sandały w cielistym kolorze. Miły grube pasy i masę zapięć. Bez wahania je wskazałam.
– Dzięki, Ali. Prawdziwa z ciebie wyrocznia mody! – Parsknęłam śmiechem i opuściłam sypialnie.
W pokoju wspólnym Gryfonów natknęłam się na Drake’a, który z jakiegoś powodu, darł się wniebogłosy. Otaczał go, jak zawsze, tłum wielbicielek i znajomych, którzy chcieli być jak on. Wywróciłam oczami i podeszłam do szatyna.
– Co się dzieje, Drake? – zapytałam wprost. Zeskoczył z kanapy i wylądował tuż przede mną.
– Widziałaś to?! – wrzasnął i wcisnął mi do rąk kawałek pergaminu. Zaraz go przeczytałam.

„W związku ze złymi prognozami pogody na październik i listopad, pierwszy mecz Quidditcha odbędzie się pod koniec września. Gryfoni zagrają z Puchonami, otwierając turniej o Puchar Quidditcha.
Z wyrazami szacunku:
Joanne Molins, dyrektorka”

– Że co?! – Wytrzeszczyłam oczy na Drake’a. Teraz w pełni rozumiałam jego wrzaski. Niemożliwym było zebrać drużynę w ciągu miesiąca. Tym bardziej, że ze starego składu zostały może ze cztery osoby.  Żeby mieć jakiekolwiek szanse musielibyśmy ćwiczyć codziennie, a z nowym składem nawet częściej. Wygrana była niemożliwa. Usiadłam sobie z wrażenia.
– Od kiedy pogoda ma jakikolwiek wpływ na Quidditcha?! Molins do reszty zwariowała! – wrzasnęłam. Drake westchnął i usiadł obok mnie. Było jasne, że w tym roku będziemy musieli poprowadzić naszych do zwycięstwa, bo obecni siódmoklasiści ledwo umieli wsiąść na miotłę, z jednym wyjątkiem w postaci Travisa Quinna. Gryfon grał na pozycji pałkarza i był jedynym przedstawicielem ostatniego rocznika w tegorocznym składzie. Całą resztą musiałam się zająć ja i Drake. Większość naszej drużyny ukończyła szkołę, toteż należało zrobić jakieś przesłuchanie.  Było jasne, że kapitanem zostanie Drake. Grał lepiej niż ja, a Travis nigdy nie palił się do tego stanowiska. Zrobiłam w głowię listę członków zeszłorocznej drużyny i wyszło mi, że ostała się jedynie nasza trójka.
– Trzeba zrobić nabór już dziś – zdecydował Drake, a ja mu przytaknęłam. Zabrał mi wiadomość od Molins i odwrócił ją na niezapisaną stronę.
– Ktoś ma pióro? – zapytał, a otaczający nas tłumek zaczął przeszukiwać kieszenie. W końcu ktoś wygrzebał mugolski długopis z dna torby. Dziewczyna podała go Drake’owi, a on podziękował, uśmiechając się uroczo. Nabazgrał na pergaminie:
Przesłuchanie do drużyny Quidditach odbędzie się dziś o 16:30. Wszyscy chętni powinni stawić się na boisku o wyznaczonej godzinie. Konieczna jest własna miotła i ukończone 13 lat.
Kapitan drużyny, Drake Saffron”
Dość szybko mianował się kapitanem, ale nic nie powiedziałam. Moja kłótnia z Drake’iem była ostatnią rzeczą, której teraz potrzebowała nasza drużyna. Chłopka wstał z kanapy i przymocował kartkę do tablicy ogłoszeń, która mieściła się obok kominka. Zerknęłam na zegarek i stwierdziłam, że dziewczyny z pewnością już na mnie czekają. Ruszyłam do wyjścia z pokoju wspólnego.
– Idziesz na śniadanie? – zapytał młodszy z braci Saffron, kiedy skończył mocować wiadomość. Kiwnęłam głową.
– Idę z tobą – oznajmił i chowając różdżkę do kieszeni szaty, ruszył w moją stronę.
– Pośpiesz się, Cam będzie na nas czekać. – To, że o niej wspomniałam nie było przypadkiem. Może i nie rozumiałam jej zauroczenia Drake’iem, ale dlaczego miałabym jej nie pomóc? Z satysfakcją zauważyłam, że przyśpieszył kroku i uśmiechnął się na dźwięk imienia mojej ślizgońskiej przyjaciółki.  Może faktycznie cos z tego będzie?
Szybkim krokiem zeszliśmy na śniadanie.
*

Camilla

To że byłam niewyspana to mało powiedziane… Ja byłam nieprzytomna. W dodatku obawiałam się tego, co może zwiastować moja, wczorajsza bezsenność. Już wcześniej miałam kłopoty ze snem i naprawdę wolałabym do tego nie wracać. Ubrałam się, poczesałam włosy, umyłam zęby i miałam nadzieję, że nikt się nie wystraszy kiedy zejdę na śniadanie. Mój mózg domagał się kawy i myśląc jedynie o tym napoju, kompletnie umknął mi fakt, że Madie nie czekała na mnie w pokoju wspólnym Ślizgonów. Zawsze tam się umawiałyśmy, a potem szłyśmy na śniadanie, spotykając pod Wielką Salą Alison.
Dotarłam na główny korytarz i ruszyłam prosto w stronę Ali, którą udało mi się wypatrzeć w tłumie. Kiedy podeszłam bliżej, zamarłam. Nie była sama. O nie! Pomyślałam. Oczywiście w dniu, w którym się nie pomalowałam, ubrałam mundurek byle jak, a o włosach wolałam nie wspominać, Alison musiała się zaprzyjaźnić z Drakiem Saffronem! Myślałam, że po prostu odwrócę się na pięcie zanim mnie zauważą, ale zaraz usłyszałam:
– Wreszcie jesteś, Cam! – Rzuciłam Ali mordercze spojrzenie, a kiedy zobaczyła jak wyglądam, więcej nie musiałam mówić. Drake uśmiechnął się tylko i zapytał:
– Idziemy? – Ruszyliśmy do Wielkiej Sali, a po drodze, oczywiście, Alison musiała sobie przypomnieć, że dziś jemy przy jej stole. Z kwaśną miną usiadłam obok niej, naprzeciwko Drake’a. Wlałam w siebie dwa, duże kubki kawy, a kiedy kofeina zaczęła działać faktycznie poczułam się lepiej. Zaczęłam rejestrować, że Ali i młodszy z braci Saffron zawzięcie o czymś dyskutują. Zaczęłam łapać sens tych wypowiedzi i wywnioskowałam, że Gryfoni mają w tym roku jakiś problem z Quidditchem.
– Czyli co? Przesłuchanie dzisiaj, trening w piątek popołudniu? – upewnił się Drake. Wtedy mnie olśniło. Uśmiechnęłam się tak, jak to tylko Ślizgoni potrafią i zaraz powiedziałam:
– Ali, masz w piątek randkę. Zapomniałaś? – Mogłam rozkoszować się chwilą, w której jej oczy urosły do rozmiarów spodków, bo uświadomiła sobie, że mam rację. Przysięgam, zawsze ją mam! Jednak zaraz zmarszczyła brwi, dotarła do niej druga część mojej wypowiedzi.
– To nie randka – warknęła w moją stronę, zupełnie ignorując pytające spojrzenie Drake’a. Wzruszyłam ramionami i z niewinną miną, dodałam:
– Tak czy siak, nie możecie zrobić treningu w piątek.
– Prawdziwa z ciebie Ślizgonka – mruknął Saffron i dopił sok, który miał w szklance. Uśmiechnęłam się, biorąc to za komplement. Dopiero później Ali wyjaśniła mi, że z ust Gryfona powinnam interpretować to nieco inaczej…
– To nie randka, tylko korepetycje. Nie mogę tego przełożyć  – wyjaśniła Alison, zwracając się do szatyna.
– To trening zrobimy w czwartek popołudniu. Pewnie wszyscy będą zmęczeni po rozszerzeniach, ale trudno. Nie widzę innego wyjścia. – Ali się zgodziła, a Drake wstał od stołu.
– Do zobaczenia na lekcjach – rzucił do Alison. – Trzymaj się kawoholiku, dziś też wpadnę po notatki, tylko tym razem bądź u siebie w dormitorium. – Puścił mi oczko. Powinnam odpowiedzieć coś elokwentnego, tym bardziej, że zasugerował, że mam problem z kofeiną, jednak zamiast tego spiekłam raka, uświadamiając sobie, że faktycznie miał przyjść wczoraj po notatki. Kiedy odszedł uderzyłam głową w blat stołu, a potem szczerze liczyłam, że Ali umrze od tego napadu śmiechu, który ją złapał…
*

Madeline

Zamierzałam odpuścić sobie dzisiejsze lekcje. Po konfrontacji z moim „ulubionym” profesorem miałam dość wszystkiego. Niechętnie musiałam przyznać, że wygrał. Mimo moich starań mój mózg przywołał wspomnienie dzisiejszego poranka.
Triumfowałam, kiedy opuściłam jego gabinet. Rozkoszowałam się wygraną potyczką słowną, ale oczywiście on nie mógł odpuścić. Musiał otworzyć te pieprzone drzwi. Musiał mnie zatrzymać i MUSIAŁ mieć ostatnie słowo.
– Panno Moon? – powiedział, wychylając się zza drzwi. Odwróciłam się na pięcie, a uśmiech nie schodził mi z twarzy.
– Chciałem tylko przypomnieć o dzisiejszym szlabanie…
– Jakim szlabanie? – zapytałam, mina mi zrzedła i teraz to Allen triumfował. Oprał się o framugę drzwi i spokojnie wyjaśnił:
– Szlaban, który zarobiłaś u mnie na lekcji. Razem z twoimi przyjaciółmi. Dziś o osiemnastej zgłosicie się do woźnego, on przydzieli wam jakieś zadania.
– Dobrze pan wie, że to nie fair – rzuciłam, krzyżując ręce na piersiach.
– Obawiam się, że nie rozumiem. – Wywróciłam oczami.
– Po pierwsze, Alison nic nie zrobiła, słowem się nie odezwała. Dlaczego dostała szlaban? Po drugie, Jacob może i zaklął, ale połowa uczniów wyraża się gorzej, a to, że nauczyciele tego nie słyszą to już…
– Dość – przerwał mi stanowczo. Posłusznie zamilkłam, czekając na rozwój wypadków.
– Po pierwsze, ja jestem nauczycielem.
– Wcale się pan tak nie zachowuję… – mruknęłam pod nosem, ale Allen nie mógł tego słyszeć.
– Po drugie, nie podważaj moich decyzji i po trzecie… – zawahał się chwilę.
– Nie musi się pan wysilać, zrozumiałam. Jestem nauczycielem, mam władzę. Najlepszy argument jaki słyszałam, tylko pogratulować… – Sama nie wiem co mnie podkusiło… Nigdy się tak nie zachowuję, nigdy! W końcu Allen był profesorem. Wiedziałam, że pakuję się w kłopoty.
– Za kogo ty się uważasz? – zapytał nauczyciel, a po plecach przebiegł mi dreszcz. Jego głos w tamtym momencie przerażał. Milczałam, nie chcąc wpakować się w większe bagno. O ile to w ogóle możliwe. Spuściłam głowę i mruknęłam ciche:
– Przepraszam. 
– Szlaban przekładam na piątek, skoro z dzisiejszym wieczorem wiążesz jakieś plany. Ale nie myśl sobie, Moon, nie ma mowy, że znów go przełożę. Do zobaczenia na lekcji. – Nie czekając na moją odpowiedź, Allen zniknął za drzwiami swojego gabinetu. Kiedy zszedł mi z oczu dotarło do mnie jak bardzo jestem zmęczona. Ruszyłam prosto do swojej sypialni, marząc o ciepłej pościeli. Tego dnia nie poszłam  na lekcje. Tego dnia to Allen wygrał naszą, małą konfrontację.
*

Camilla

Zaraz po śniadaniu poszłyśmy z Ali szukać Madeline. Była w swoim dormitorium, spała. Chcąc nie chcąc musiałyśmy ją obudzić. Ślizgonka nakryła głowę poduszką, kiedy Alison zaczęła powtarzać jej imię.
– Madie, za jakieś dziesięć minut zaczynają się lekcje – powiedziałam trochę zirytowana. Wtedy dziewczyna zdjęła poduszkę z głowy i usiadła na łóżku. Potarła zmęczona twarz.
– Dziś nie idę, powiedźcie, że brzuch mnie boli, czy coś… – Pokiwałam powoli głową, całkowicie rozumiałam Madeline. Sama najchętniej odpuściłabym dzisiejsze lekcje. Ali nie była zachwycona pomysłem ciemnowłosej, ale w końcu i ona obiecała ją kryć. Opuściłyśmy lochy i pędem udałyśmy się na lekcje. Zaczynałyśmy od transmutacji z profesor Verges. Nie warto było się spóźnić.
*
Za niecałe dziesięć minut miało się rozpocząć moje rozszerzenie z eliksirów. Miałam nadzieję, że przynajmniej na popołudniowych zajęciach Madie uraczy mnie swoim towarzystwem. Alison miała dziś wolne popołudnie, w dodatku, wraz z Drakiem, mieli przeprowadzić eliminacje do gryfońskiej drużyny. Zeszłam do lochów, do Sali profesora Zabiniego. Jak się okazało Madeline już tam na mnie czekała.
– Jednak wyszłaś dziś z łóżka… – rzuciłam na powitanie. Ciemnowłosa Ślizgonki mi przytaknęła.
– Wolałam nie drażnić profesora Zabiniego – powiedziała, akurat, gdy nauczyciel pojawił się na końcu korytarza, dając znak, że możemy wejść do klasy. Zajęłyśmy nasze ulubione miejsce w ostatniej ławce.
– Może nie chcesz drażnić Zabiniego, ale z Allenem nie masz problemu, prawda? – szepnęłam jej do ucha, kiedy profesor zaczął od sprawdzenia obecności. Madie rzuciła mi mordercze spojrzenie. Uśmiechnęłam się do niej.
– Panno Clark? – Usłyszałam głos opiekuna domu Salazara. Podniosłam głowę, patrząc prosto na profesora Zabiniego. Czekałam aż powie coś więcej, ale on uparcie milczał, świdrując mnie wzrokiem. Madie szturchnęła mnie łokciem, szepcząc:
– Sprawdzają obecność… – Odchrząknęłam i szybko powiedziałam:
– Jestem! – Nauczyciel pokręcił głową, ale wrócił do odczytywania nazwisk. Widziałam jak Madeline wywraca oczami, kiedy nauczyciel wyczytał Janet Dot-Dash z listy.
– Założę się, że zapisała się tylko dlatego, że my tu chodzimy – mruknęła, nachylając się do mnie. Na rozszerzenie z eliksirów chodził również Jacob. Zauważałam, że moja przyjaciółka zrobiła dziwną minę, kiedy Zabini wyczytał jego nazwisko.
– Saffron Drake – powtórzył po raz enty nauczyciel. Rozejrzałam się ukradkiem po klasie, ale nigdzie nie zauważyłam Gryfona. Olał rozszerzenie dla eliminacji do drużyny. Typowy Drake. Profesor westchnął i zanotował coś szybko.

Zajęcia strasznie mi się dłużyły, ale w końcu wybiła siedemnasta i byliśmy wolni. Wróciłam do dormitorium, ciągnąć za sobą Madie. Zmusiłam ją do zrelacjonowania mi konfrontacji z Allenem. Tak jak przypuszczałam, było o czym opowiadać.
*

Alison

Już o czwartej popołudniu Drake zaciągnął mnie na boisko. Przebraliśmy się w stroje do Quidditcha i wyszliśmy na murawę. Mój nimbus 3000 pięknie się błyszczał w jesiennym słońcu. Dostałam nową miotłę rok temu i choć w przyszłym sezonie miał wyjść Grzmot 550 mój nimbus dawał jeszcze radę. Związałam włosy i wsiadłam na miotłę. Odbiłam się stopami od ziemi i już po chwili szybowałam wśród pętli. Drake przyglądał mi się przez chwilę. Zaraz wskoczył na swoją, nowiutką Kometę 610. Pogoniliśmy się trochę w ramach rozgrzewki, a potem kandydaci do drużyny zaczęli schodzić się na boisko. Nie wyglądało to obiecująco. Wylądowaliśmy przed tą zbieraniną. Drake, jako kapitan, zaczął objaśniać zasady. Kiedy wszystko było jasne nowi dosiedli mioteł. Zauważyłam dwie dziewczyny, które nie potrafiły nawet przywołać miotły, a jedynie uśmiechały się zalotnie do Drake’a. Chwyciłam się za głowę, a potem zaraz odesłałam je z  powrotem do zamku. Nie potrzebowałam wianuszka fanek Drake’a, plączących się pod nogami.
Młodszy z braci Saffron poprosił mnie o poprowadzenie rozgrzewki i prawdę mówiąc, dość chętnie się zgodziłam. Niektórzy radzili sobie lepiej, inni gorzej i choć dostrzegałam potencjał, nikt nie był w stanie dorównać poziomowi byłych graczy.
W końcu na boisko dotarł spóźniony Travis Quinn. Grał na pozycji pałkarza i był jedynym, pewnym członkiem nowej drużyny, oczywiście nie licząc mnie i Drake’a.
– Dobrze, że jesteś – powiedziałam do wysokiego Gryfona, kiedy podszedł bliżej.
– Ej, słuchajcie! – zwróciłam się do rozwrzeszczanej gromady. – To jest Travis, jeśli ktoś ubiega się o pozycję pałkarza idzie za nim! – Kandydaci do drużyny trochę się uspokoili, a część odeszła z Quinnem. Wtedy na miotle podleciał do mnie Saffron. Wylądował po mojej prawej i zwrócił się do tłumu:
– Jeśli ktoś ubiega się o pozycję obrońcy idzie ze mną. Przyszli ścigający zostają z Alison. – Uczniowie dość szybko się podzielili, ale zaledwie czworo stanęło zza Drake’iem.  Chłopak nachylił się do mnie i powiedziała, przyciszając głos:
– Wybierz najzwinniejszych i najszybszych. Resztę odeślij. Postawimy w tym roku na szybkość, nie siłę. – Kiwnęłam głową i zabrałam się do pracy. Drake Saffron odszedł na drugą stronę boiska.
*

Camilla

Siedziałam na łóżku w swojej sypialni i przeglądałam podręcznik do zaklęć i uroków. Byłam trochę zawiedziona, bo większość  formułek kojarzyłam z zeszłego roku. Madie wyszła niespełna godzinę temu, musiała nadrobić dzisiejsze lekcje. Nagle usłyszałam jak Sean mnie woła. Zmarszczyłam brwi, ale wstałam z łóżka i podeszłam do ściany, która skrywała przejście do salonu. Stanęłam w progu, żeby dokładnie móc ogarnąć wzrokiem pomieszczenie.  Przy wejściu stał Drake Saffron. W momencie zrozumiałam całą sytuację, a tłumaczenie Seana było niepotrzebne.
– Ktoś do siebie – powiedział mój współlokator, na co skinęłam jedynie głową. Uśmiechnęłam się do Drake’a, a Gryfon przeszedł przez salon, stając obok Glanta.
– To… zostawię was. – Ślizgon mrugnął do mnie i po chwili zniknął w swojej sypialni.
– Ja po te obiecane notatki – powiedział Drake i bez pytania rozsiadł się na jednym z foteli. Odwróciłam się na pięcie, bo pergaminy, o których mówił, nadal leżały na moim biurku.
– Chcesz również te z dzisiaj? – zapytałam, znikając za przejściem w ścianie. Chwyciłam odpowiedni plik kartek, a kiedy się odwróciłam, stałam twarzą w twarz z młodszym z braci Saffron. Odruchowo się cofnęłam, wpadając na biurko.
– Z dzisiaj? – powtórzył moje pytanie, marszcząc brwi. Wtedy uświadomiłam sobie, moją gafę. Wyszło na to, że znałam na pamięć jego plan i wiedziałam, że opuścił rozszerzenie z eliksirów. Jeśli zacznę się tłumaczyć  będzie jeszcze gorzej…  Stwierdziłam, że będę brnąć w to dalej. Trochę dziwnie się czułam, kiedy stał tak blisko.
– Z eliksirów, sprawdzali obecność i Zabini wywoływał cię z dziesięć razy…
– Z pewnością – mruknął rozbawiony Drake.
– Zarzucasz mi kłamstwo? – udałam oburzenie, krzyżując ręce na piersiach.
– Zarzucać kłamstwo Ślizgonce? Aż tak odważny nie jestem… – parsknęłam śmiechem, choć jego żart był dość kiepski.
– A co do tych notatek z eliksirów… – zaczął Drake, ale wcisnęłam mu po prostu  odpowiednie pergaminy.
– Nie ma za co – dodałam z uśmiechem.
– Ja mogę ci się odwdzięczyć? – zapytał dość poważnie. Wzruszyłam ramionami.
– Daj spokój.
– Przyjdź w sobotę na wieżę astronomiczną, okej? O dziesiątej. – Mrugnął do mnie i ruszył w stronę wyjścia. Wcięłam się w szok. Albo właśnie facet moich marzeń zaprosił mnie na randkę, albo naprawdę nie wiem. Kiedy pierwszy szok minął, ruszyłam za Gryfonem. Wypadałoby go odprowadzić. Drake był już przy wyjściu, ale drzwi niespodziewanie się otworzyły, zanim Gryfon pociągnął za klamkę. W progu stał starszy brat Drake’a – Michael. Oboje byli bardzo zdziwieni. Właściwie chyba pierwszy raz widziałam jak stoją twarzą w twarz. Od razu nasuwały się pewne, widoczne różnice. Po pierwsze Michael był wyższy prawie o głowę...  Jego włosy były niemal czarne, a włosy Drake’a, choć ciemne, nadal pozostawały jedynie brązowe. Choć mieli identyczną linię nosa, na tym podobieństwa się kończyły. Spuściłam wzrok, wiedząc, że nie powinnam się gapić.
– Co jest, młody? – zapytał Michael i poczochrał bratu włosy. Drake zmrużył gniewnie oczy i strącił jego rękę. Ślizgon minął brata w drzwiach.
– Widzę, że wychodzisz. Świetnie, skoro skończyłeś z panią prefekt – tu Michael rzucił mi cwaniacki uśmieszek – to teraz moja kolej.
– Przepraszam, że co?! – zapytałam, usiłując zabić tego dupka spojrzeniem. Michael puścił mi oczko, a potem znów zwrócił się do Drake’a. Młodszy z braci Saffron patrzył na mnie pytająco.
– Chyba mu nie wierzysz – powiedziałam, zawracając się do Drake’a i ignorując tym samym Michaela. – Pewnie przyszedł tu pić z Seanem. – Drake uśmiechnął się do mnie, kątem oka widząc, jak Michael zaciska szczękę.
– Do zobaczenia, Cam – powiedział, a potem wyszedł. Odwróciłam się, kierując swoje kroki z powrotem do sypialni. Nie dało się ukryć, że byłam przeszczęśliwa. Wtedy Michael musiał się odezwać i zepsuć wszystko:
– Do zobaczenia, Cam. – Przedrzeźniał młodszego brata. Prychnęłam tylko.
– To u niego nocujesz, kiedy cię nie ma? – Nie dawał za wygraną, irytując mnie jeszcze bardziej.
– A co cię to obchodzi? – fuknęłam.  Michael już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale ze swojej sypialni wyszedł Sean.
– Znów ją zaczepiasz? Odpuść lepiej i choć zapalić – powiedział Ślizgon i mrugnął do mnie. Uśmiechnęłam się do niego w geście podziękowania. Skinął mi głową, a ja spokojnie ruszyłam w stronę swojej sypialni.  Na szczęście Michael nie skomentował tego ani jednym słowem.
***

Alison

Piątek nadszedł bardzo szybko. Nawet nie spostrzegłam, kiedy minął pierwszy tydzień nauki w Hogwarcie, jeszcze tylko przetrwam dzisiejsze lekcje i nadejdzie weekend. Wczorajszy trening mogłam zaliczyć do udanych i choć nie jest to poziom pierwszej ligi Quidditcha po kilku kolejnych spotkaniach powinniśmy grać całkiem przyzwoicie. Drake był niezłym kapitanem, choć trochę za bardzo się rządził.
W przerwie między lekcjami Cam złożyła mnie i Madie bardzo kuszącą propozycję.
– Nocujemy dziś u mnie? Na pewno się pomieścimy, a Sean nie powinien mieć z tym problemu. – Popatrzyłyśmy po sobie z Madie i zgodziłyśmy się. Cam uśmiechnęła się usatysfakcjonowana.
– Zdacie mi relację z dzisiejszej obrony – powiedziałam i wymieniłam z Camillą porozumiewawcze spojrzenia. Madeline miała dziś dostać z powrotem swoją, ocenioną pracę. Udała, że mnie nie usłyszała i odwróciła teatralnie głowę w drugą stronę. Cam parsknęła śmiechem.
– Za to ty – Madie popatrzała prosto na mnie ze ślizgońskim uśmieszkiem – opowiesz ze szczegółami o randce z Theodorem…
– To nie jest randka – syknęłam odruchowo, a Camilla i Madie przybiły piątkę. – Wszyscy przeciw mnie –mruknęłam jeszcze, udając obrażoną. Zaraz potem musiałyśmy się rozejść na lekcje. Czekała mnie historia magii, podczas gdy dziewczyny szły na obronę. Oddałabym miotłę od Quidditach, żeby móc tam być. Na szczęście Cam z pewnością opowie mi o konfrontacji Madie z nauczycielem. Ruszyłam w stronę klasy, kiedy usłyszałam, jak znajomy głos woła moje imię. Odwróciłam się, żeby móc przywitać Anthonego Rossa.
– Mamy razem historię – powiedział tylko i ruszył korytarzem u mojego boku. Jak zawsze po chwili nasza rozmowa zeszła na temat Quidditach, a po obgadaniu wyników ostatniego meczu Harpii z Holyhed, Tony nagle zapytał:
– Co robisz dziś pod wieczór? Moglibyśmy wziąć miotły i…
– Mam już plany – powiedziałam i uśmiechnęłam się przepraszająco. Perspektywa spędzenia z nim popołudnia wydawała się być kusząca, jednak nie chciałam odwoływać korepetycji. Naprawdę by mi się przydały i wcale nie chodziło o Theodore’a. No może trochę…
–A co to za plany? – zapytał przyjaźnie, chyba ze zwykłej ciekawości.
– Um… Mam korepetycję z eliksirów – przyznałam, poprawiając plecak na ramieniu. Tony spojrzał na mnie, niedowierzając.
– Pilnowanie Cam, żeby się nie upiła w piątkowy wieczór nie można nazwać korepe…
– Naprawdę mam korki –przerwałam mu z uśmiechem. Jego żart o Cam mimo wszystko mnie rozbawił. Nie wszyscy wiedzieli, że piła. Większość miało ją za nudną, surową i trochę dziwną panią prefekt. Jednak kilka osób znało prawdę, w tym Tony. Głównie z moich opowieści, ale nie oceniał jej. Prawie się nie znali.
– Mhm… – mruknął, a ja wywróciłam oczami. W końcu dotarliśmy pod klasę i usiedliśmy razem w ławce pod ścianą.
– Naprawdę zapisałaś się na korki? – zapytał Anthony, kiedy skończyłam wypakowywać swoje książki. Skinęłam głową.
– Czyli dodatkowe godziny z profesorem Zabinim w piątkowy wiecz…
– Nie – zaprzeczyłam szybko. – Uczę się z Theodorem – wyjaśniłam, akurat, gdy duch profesora Binnsa pojawił się, żeby zacząć lekcję. Tony kiwnął głową.
– Teraz rozumiem, nieźle to obmyśliłaś – powiedział z zawadiackim uśmiechem. Zmarszczyłam brwi.
– Nie rozumiem o czym mówisz – przyznałam, a on wywrócił oczami.
– O twojej randce z Theodorem.
– To nie jest randka – szepnęłam podirytowana. Dlaczego wszyscy doszukują się czegoś więcej w moich korepetycjach?!
– Jasne – mruknął Tony. Byłam zła, więc już nic mu nie odpowiedziałam. Milczałam całą lekcję, robiąc niechlujne notatki.
*

Madeline

Nie rozumiałam, dlaczego wszyscy zachowywali się, jakby nie wiadomo co, miało się wydarzyć na dzisiejszej lekcji z Allenem. Cam prawie piszczała, przy mówieniu o tym i nawet Alison robiła podteksty, co do dzisiejszej lekcji. Ja chciałam po prostu dostać swoje, ocenione zadanie domowe. Stałam przed klasą razem z Camillą. Widziałam, że ledwo powstrzymuje słowotok i uśmiechnęłam się. Wtedy podszedł do nas Jacob. Znów miał krzywo zawiązany krawat.
– Pójdę sprawdzić, czy nie ma mnie na końcu korytarza – powiedziała Cam i mrugnęła do mnie, odchodząc. Wywróciłam oczami i wyczekująco spojrzałam na Jacoba.
– Chciałem ci życzyć powodzenia…
– W związku z…? – zapytałam, marszcząc brwi.
– No wiesz, konfrontacja z Allenem i takie inne.
– Oh, pierdol się – mruknęłam, a on uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Chyba już to przerabialiśmy – powiedział, czym sprawił, że uderzyłam go pięścią w ramię.
– Zamknij się – mruknęłam, a on zaczął się śmiać. Naprawdę mnie zirytował, był już którąś osobą wypominającą mi Allena. Po prostu przy nim miarka się przebrała.
– Do zobaczenia na szlabanie – powiedział, jak zwykle pewny siebie, i posłał mi całusa. Wywróciłam oczami, a potem profesor obrony przed czarną magią pojawił się na końcu korytarza. Camilla szybko do mnie podbiegła.
– Zaczęło się – mruknęła do mnie. Po raz enty wywróciłam tego dnia oczami.
Kiedy wszyscy zajęli miejsca i w klasie zapanowała cisza, Allen w końcu zabrał głos. Nie wydawało się, żeby ta lekcja jakkolwiek odbiegła od pozostałych. Czekałam tylko na moment, w którym odda moją pracę domową. Kiedy zostało parę minut o końca, Allen skończył  wykład o bazyliszkach i siadł za biurkiem, mówiąc, że możemy się spakować. Wygrzebał jakąś kartkę ze stosu papierów i odczytał na głos:
– Madeline Moon, Jacob McAdamas i Alison van Persie, przypominam o dzisiejszym szlabanie. – Wtedy moje oczy urosły do rozmiarów spodków, oczywiście pamiętałam o moim szlabanie, ale zupełnie wypadło mi z głowy, że Ali również dostała szlaban.
– Macie dziś o szóstej stawić się u woźnego, a on przydzieli wam jakieś zadania. – Przeklęłam w myślach, bo dokładnie na te samą godzinę Ali umówiła się z Theo.
– Kurwa – szepnęła Camilla, nachylając się do mnie. Powstrzymałam uśmiech. Ona równie szybko skojarzyła fakty, a zaraz potem mogłam obserwować, jak intensywnie myśli nad rozwiązaniem naszego problemu.
– Panno Moon? – zwrócił się do mnie Allen, a ja natychmiast odszukałam jego wzrok. – Proszę przekazać koleżance, że ma się stawić u woźnego.
– Oczywiście – powiedziałam trochę rozczarowana. Myślała, że w końcu poruszy temat mojego zadania. Wtedy na zegarze wybiło dwadzieścia po drugiej, a to był sygnał do zakończenia lekcji i rozpoczęcia przerwy obiadowej, po której mieliśmy wolne, bo nikt nie miał rozszerzenia. Zaczęłam pakować swoje rzeczy, podobnie jak reszta klasy. Wszyscy się ociągali, sądząc, że Allen w końcu poruszy temat mojego wypracowania. Kiedy część jego uczniów już wyszła, powiedział:
– Panno Moon, proszę zaczekać chwilę. – Skinęłam głową, nadal stojąc przy swojej ławce.  Cam mrugnęła do mnie, wychodząc.
– Zobaczymy się na obiedzie – powiedziała. Przytaknęłam, a kiedy w końcu wszyscy opuścili salę, Allen wstał zza biurka. Podszedł do drzwi i zamknął je przed nosem Angie McLewis, która udawała, że szuka czegoś w torbie. Podeszłam do jego biurka, a on wskazał pierwszą ławkę, sugerując, że powinna usiąść. Nie chciałam się sprzeciwiać i tak zrobiłam. Wyjął z szafy w rogu moje wypracowanie i położył je przede mną na blacie. Nie potrafiłam odczytać w jakim jest humorze, czy jest zły? A może wszystko mu jedno. Sięgnęłam pewnie po rolkę pergaminu i rozwinęłam ją. Moim oczom ukazało się to jedno słowo, wypisane czerwonym atramentem „wybitny”. Głosił napisz, a pod spodem Allen zostawił swoją parafkę. Nie omieszkałam posłać mu tryumfującego uśmieszku. Czy to było przegięcie? Być może. Już miałam wstać i odejść, kiedy zatrzymał mnie surowy ton profesora:
– Siadaj – powiedział i oparł dłonie o ławkę, w której siedziałam. Pochylił się, a ja dostałam dreszczy, bo był zdecydowanie za blisko. Nie dałam po sobie niczego poznać i czekałam, aż powie coś więcej.
– Nie życzę sobie takiego zachowania na moich lekcjach – powiedział miękko i trochę się odsunął, więc już nie byłam taka spięta.
– To się nie powtórzy  – zapewniłam dla świętego spokoju.
– Oczekuję od ciebie szacunku, Moon. Żadnych pyskówek i tych twoich uśmieszków. – Ktoś zapukał do drzwi i Allen odwrócił głowę, a ja wywróciłam oczami.
– Wdziałem to – powiedział, idąc do drzwi. Zmarszczyłam brwi, kiedy zobaczyłam Jacoba, opierającego się o framugę.
Tak? – zapytał Allen.
– Przyszedłem po moją dziewczynę, bo jemy dziś razem obiad, a pan nie ma prawa przetrzymywać jej po lekcjach. – Aha. Pomyślałam, a poziom mojej złości na Jacoba sięgnął zenitu. Jak mógł wygadywać takie głupstwa?! Wtedy Allen po prostu zamknął mu drzwi przed nosem i odwrócił się do mnie. Mam przesrane. Pomyślałam, nie dając po sobie nic poznać.
– Naprawdę jest twoim chłopakiem? – zapytał nauczyciel, a ja zauważyłam rozbawione iskierki w jego oczach. Zdezorientowało mnie to i nie wiedziałam co odpowiedzieć. W końcu, sama nie wiem czemu, skinęłam głową. Cała wesołość zniknęła z jego twarzy.
– A więc idź – powiedział szorstko i odszedł od mojej ławki. Wstałam szybko i wepchnęłam moje zadanie do torby.
– Do widzenia – powiedziałam, wychodząc. Allen nawet nie odpowiedział. Za drzwiami stał Jacob, a pierwsze co zrobiłam to uderzenie go w brzuch.
– Co to było?! – wydarłam się, a kilku spłoszonych pierwszoklasistów uciekło w stronę schodów.
– Nie ma za co – wydusił McAdams, trzymając się za brzuch. Spoliczkowałabym go, ale prawda była taka, że musiałabym stanąć na palcach, a wcale nie zamierzałam się tak upokarzać.
– Po co to zrobiłeś?! – wrzasnęłam na niego, kiedy się wyprostował.
– Uratowałem ci tyłek, dosłownie! – Zamrugałam kilka razy nie rozumiejąc ani słowa.
– Że co?! – zapytałam wściekle.
– Gdybym nie interweniował, przysięgam, że wziąłby cię na tamtym stole. – Dostał jeszcze raz w brzuch, tym razem mocniej.
– Piepszony zboczeniec – mruknęłam, kiedy Jacob nadal kulił się, trzymając za brzuch. Byłam w szoku, bo nie rozumiałam jak można wygadywać takie bzdury. Odwróciłam się na pięcie i szybkim krokiem odeszłam w stronę Wielkiej Sali. Chciałam zobaczyć dziewczyny, wiedziałam, że na razie nie będą pytać, a ja potrzebowałam świętego spokoju.
*
Camilla


Siedziałam z Alison przy obiedzie, kiedy na horyzoncie pojawiła się Madie. Po sposobie chodu wiedziałam, że była wściekła i najlepiej o nic teraz jej nie pytać. Powiedziałam to Ali, zanim Madeline usiadła naprzeciwko nas. Zabrałyśmy się za jedzenie, choć cisza między nami była dość niezręczna.
– Um, Ali… Allen kazał ci przypomnieć o dzisiejszym szlabanie – powiedziała Madie. Jasnowłosa skinęła głową.
– Już jej mówiłam – poinformowałam szatynkę, a potem uśmiechnęłam się cwaniacko.
– I co w tym śmiesznego? Przecież nie spotka się z Theo… – stwierdziła Madie, zerkając na Alison. Blondynka nadal milczała.
– Niezawodna Camilla, jak zwykle, uratuje wasze tyłki – powiedziałam, obserwując, nie bez satysfakcji, jak Ali podnosi głowę z nową nadzieją. Przeszłam do omawiania planu:
– No więc – zaczęłam. – Allena nie będzie przy odbywaniu waszej kary, a woźny z pewnością nie wie, kto w tej szkole jest kim. Ważne, że liczba mu się zgadza. Filch jest zadowolony, dopóki ma kogo podręczyć, zgadza się? – zapytałam, a dziewczyny przytaknęły. Wiedziałam, że pytania cisną im się na usta, ale żadna mi nie przerwała.
– No więc, ja, Madie i Jacob pójdziemy na szlaban, a ty spotkasz się z Theo. Filch wie, że karę mają odbyć trzy osoby i tak też się stanie.
– Zrobisz to? – zapytała Alison z szerokim uśmiechem, a ja skinęłam głową. Przytuliła mnie, sprawiając, że szklanka z moim sokiem zakołysała się niebezpiecznie. Madie pokiwała z uznaniem głową.
– Sprytnie – pochwaliła z aprobatą.
– Jak zawsze – opowiedziałam, a ona i Ali jedocześnie wywróciły oczami.
*
Przebrałam się w wygodniejsze ubranie niż szkolny mundurek i zabierając różdżkę, ruszyłam na szlaban. Nie tak chciałam spędzić piątkowy wieczór, ale pocieszała mnie myśl o babskim spotkaniu z Ali i Madie po tym, pełnym wrażeń tygodniu. W pokoju wspólnym spotkałam Jacoba i Madeline. Stali w dwóch, różnych kątach pomieszczenia, a moja przyjaciółka mierzyła go nieprzychylnym spojrzeniem. Będę musiała ją potem zapytać o co poszło, bo z pewnością będzie to zabawna historia. Kiedy mnie zobaczyli, równocześnie podeszli do ściany, skrywającej przejście. Madie wyprzedziła go i pierwsza podała hasło. Jacob tylko przewrócił oczami, a potem przepuścił mnie i w trójkę ruszyliśmy pod biuro woźnego. Nikt nie odezwał się całą drogę, a ja mogłam dosłownie poczuć napięcie między Madie, a McAdams’em.
– Spóźnieni – mruknął niezadowolony woźny, kiedy nas zobaczył. Jednak nie powiedział nic więcej i po prostu czekał.
– Em, przepraszam, ale już tu jesteśmy. Co mamy robić? – Zwróciłam uwagę Filcha na moją osobę. Wykrzywił twarz w grymasie na kształt uśmiechu, a potem powiedział:
– Jeszcze jeden. – Jacob zmarszczył dziwnie brwi.
– Czekamy na kogoś? – zapytała Madie, uprzedzając McAdams’a. Woźny skinął głową, a ja westchnęłam i oparłam się o ścianę.  Niecały kwadrans później na końcu korytarza pojawiła się męska sylwetka. Wytrzeszczyłam oczy, orientując się, że to Drake Saffron. Obserwowałam go na tyle długo, by móc rozpoznać jego specyficzny chód. Podszedł do nas, nie wyciągając rąk z kieszeni. Posłał w moją stronę rozbawione spojrzenie, a potem zwrócił się do Filcha:
– Możemy w końcu zacząć? – Myślałam, że woźny zatłucze go gołymi rękami.
– Za mną – powiedział w końcu Filch i ruszył po schodach w stronę wyjścia z zamku. Zmarszczyłam brwi, bo byłam pewna, że po prostu każe nam posprzątać jakąś klasę, opcjonalnie Salę Pamięci. W towarzystwie woźnego opuściliśmy zamek, dochodząc na skraj Zakazanego Lasu. Czekał tam na nas Hagrid – gajowy. Powiódł po nas wzrokiem i uśmiechnął się poczciwie.
– To co? Szlaban, hę? – zapytał, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Zaczął przeszukiwać kieszenie wyświechtanego płaszcza, aż w końcu wyjął pomiętą kartkę.
– Możesz zostawić ich ze mną, odstawię dzieciaki do zamku – powiedział Hagrid, patrząc na woźnego. Ten skinął głową i odszedł bez słowa, ale dostrzegłam wredny uśmieszek na jego ustach.
– Co mam robić? – zapytał Drake, a ja zaraz odwróciłam się w jego stronę. Lubiłam brzmienie jego głosu, tak po prostu. Hagrid wręczył mu kartkę.
– Profesor Zabini zostawił to dla was. Kończą mu się składniki w magazynie.
– Mam iść po nie do lasu? – zapytała Madie z obawą spoglądając na drzewa, rzucające mroczne cienie.
– Ślizgoni – prychnął Drake, przeglądając listę.
– Co miałeś na myśli? – warknął w jego stronę Jacob, a ja wywróciłam oczami.
– Nie zachowujcie się jak pierwszaki – rzuciła Madie i oboje zamilkli. Hagrid pogładził swoją brodę, jakby nad czymś myślał.
– Holibka – mruknął pod nosem, a resztę powiedział już na głos: – Profesor Zabini zostawił dla was również probówki, do których macie wkładać te… no…
– Składniki? – podpowiedziała Madeline, a gajowy skinął głową.
– Gdzie są te probówki? – zapytał Jacob, krzyżując ręce na piersiach.
– Zostały przy szklarniach – wyjaśnił Hagrid.
– Przyniesiemy je – powiedział zaraz Drake, co wydało mi się dziwne, bo on zazwyczaj nie robił niczego bezinteresownie. Widziałam jak wymienia porozumiewawcze spojrzenia z Jacobem i nie podobało mi się to. Gajowy znów pogładził swoją, splątaną, ciemną brodę, po namyśle zgodził się, żebyśmy sami wszystko załatwili. Podał Drake’owi klucz do szklarni, żebyśmy mogli wejść od zaplecza, a nie przez zamek. Kazał go sobie później przynieść, a wypełnione probówki zanieść Zabiniemu. Madie zapewniła go, że wszystko pójdzie dobrze, a potem gajowy odszedł widocznie niepewny, czy powinien nas zostawiać. Kiedy tylko zniknął nam z oczu, odezwał się Drake:
– Pójdziemy z Jacobem po te probówki, a wy możecie tu zostać. – Zmrużyłam podejrzliwie oczy, a Gryfon widząc to zrobił niewinną minę. Madeline wzruszyła ramionami, więc i ja postanowiłam odpuścić.
Wrócili niecałe dziesięć minut później, a każdy niósł stojaczek na dziesięć probówek. Drake wyciągnął z tylnej kieszeni jeansów listę i podał mi ją, nieznacznie dotykając mojej dłoni. W ogóle nie zrobiło mi się ciepło… Przeczytałam ją, oświetlając sobie pergamin światłem z różdżki, bo na dworze robiło się szaro.
– Będzie szybciej jeśli podzielimy się i każdy… – zaczęła Madeline, ale Jacob zaraz jej przerwał:
– Chcesz chodzić po lesie sama? – Ślizgonka nie odpowiedziała, a Drake szybko znalazł rozwiązanie:
– Proponuję dwójki. – Wszyscy na to przystanęli, a ja porwałam listę na pół.
– Ja i Cam pójdziemy po… – zaczęła Madeline, ale tym razem przerwał jej Drake:
– Nie zgadzam się, nie możecie iść razem. – W tym samym momencie uniosłyśmy z Madie pytająco brwi.
– Że jak? – zapytałam, trochę rozbawiona. Jacob wywrócił oczami, wiedząc, że nasza feministyczna natura właśnie się obudziła.
– Po prostu dobierzmy się chłopak-dziewczyna, wtedy będziemy się uzupełniać i… – zaczął Drake, a ja musiałam się wtrącić, bo wredny komentarz, aż cisnął mi się na usta:
– Nie mamy robić dzieci, tylko przynieść trochę mchu. – Madie parsknęła śmiechem i nawet Jacob się uśmiechnął, pokazując mi uniesiony kciuk zza pleców Drake’a. Gryfon wywrócił oczami.
– Wyczuwam napalaną panią prefekt… – mruknął, a McAdams, chyba przez wzgląd na męską solidarność, zaczął się śmiać. To wcale nie było takie zabawne, ale nich im będzie. Zignorowałam cwaniacki uśmieszek Drakie’a.
– Idziemy po to zioło, czy nie? – powiedziała Madie, widocznie zniecierpliwiona.
– Zioło? – powtórzył Jacob. – Głodnemu chleb na myśli… – mruknął.
– Głodny głodnemu wypomina – rzuciła szatynka z tryumfującym uśmieszkiem.
– Oh, zamknijcie się już – powiedziałam zmęczona tym wszystkim.
– Dobra to jak się dzielimy? – zapytał Drake, przekładając stojak z probówkami do drugiej ręki.
– Ja idę z Madie – powiedział od razu Jacob i objął ją za szyję, przyciągając do siebie.
– Mowy nie ma! – rzuciła ciemnowłosa Ślizgonka, wyswobadzając się z uścisku McAdamsa.
– To postanowione – powiedziałam i stanęłam obok Saffrona. Madeline rzuciła mi oburzone spojrzenie.
– Pomocy? – powiedziała, a ja mrugnęłam do niej jedynie i ruszyłam w las z Drake’iem.
*

Alison

Dwie minuty przed szóstą wieczorem stanęłam pod Pokojem Wspólnym Krukonów. Stamtąd miałam dostać się do dormitorium prefektów i choć Theodor podał mi dokładne wytyczne, pominął drobny szczegół… Tego, piepszonego przejścia strzegł jakiś ptak i na dodatek zamiast hasła żądał odpowiedzi na bzdurne pytanie. Zniecierpliwiona stałam przed wejściem, kombinując jak dostać się do środka. Na szczęście mój problem rozwiązał się wraz z przybyciem Janet Dot-Dash. Brunetka powitała mnie ciepło, a potem zaprosiła do środka, bez problemu odpowiadając na pytanie, nad którym ja dobrą chwilę główkowałam. Jedno jej trzeba przyznać – jest naprawdę mądra, a przede wszystkim oczytana. Podziękowałam jej, bo osobiście nic do niej nie miałam, choć czasem irytowała swoją nachalnością. Uśmiechnęła się i zapytała co mnie sprowadza. Nie było już odwrotu, niechętnie przyznałam się do korków z eliksirów, choć Janet nie udało się dowiedzieć kto mi ich udziela. Pożegnałam ją, rozglądając się za korytarzem, o którym mówił Theo. Namierzyłam go bez większych problemów, a potem ruszyłam przed siebie.
Na końcu korytarza znajdowały się dębowe drzwi i, na szczęście, nie pilnował ich żaden zarozumiały ptak. Wiedziałam, że jestem spóźniona, bo straciłam trochę czasu przed wejściem do Pokoju Wspólnego Krukonów. Odetchnęłam, a potem zastukałam w płaską, drewnianą powierzchnię. Otworzyła mi Silivia Scilces. Zupełnie zapomniałam, że prefektów było dwóch. Moje zaskoczenie nie uszło uwadze Krukonki.
– Ja też tu mieszkam – powiedziała ze śmiechem, wpuszczając mnie do środka. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to nienaganny porządek i mnóstwo książek. Cała ściana naprzeciw mnie była jednym, wielkim regałem, zapełnionym opasłymi księgami. Na środku pokoju stał niski stolik o owalnym kształcie, a wokół były poustawiane pufy w chabrowym kolorze. Kilka z nich miało dodatkowo brązowe pasy. Właśnie brązy królowały również na ścianach i strzelistym suficie. Zasłony w oknach były niebieskie, podobnie jak dywan, przykrywający jasną podłogę. Dormitorium prefektów było bardziej przytulne niż Pokój Wspólny Revenclowu. Chyba przez te brązy na ścianach, które bardzo ociepliły wnętrze. Silivia zajęła jedna z puf i zwróciła do mnie:
– Theo bierze prysznic, powinien zaraz wrócić, a za ten czas, rozgość się. – Uśmiechnęłam się i również usiadłam na pufie. Była bardzo wygodna, choć wcale tak nie wyglądała. To co powiedziała Krukonka trochę mnie zastanawiało… Ja przed korkami nie brałam prysznica, nie ogoliłam nóg i z pewnością nie pomalowałam paznokci. Ukradkiem zerknęłam na pomalowane bladoróżowym lakierem paznokcie Silivii. Z kciuków trochę lakieru jej odeszło, a wskazujący w prawej ręce miała zdrapany całkowicie, jednak… Czułam się nieprzygotowana, tak po prostu. Nie było już odwrotu, więc zajęłam się rozmową z moją krukońską koleżanką. Silivia była w połowie opowieści o jej nowej sowie pocztowej, kiedy w drzwiach pojawił się Theodor. Nie dało się nie zauważyć, że włosy miał jeszcze trochę mokre, a koszulka przylepiła mu się do ciała. Wstałam z pufy, uśmiechając się przepraszająco do Silivii, historia jej sowy będzie musiała zaczekać.
– Sorki, że musiałaś czekać – powiedział Theo, zamykając za sobą drzwi.
– Nie szkodzi – odpowiedziałam machinalnie. Krukon skinął głową,  a potem zaprosił mnie do swojej sypialni. Nie często przesiadywałam w męskich sypialniach, ale, na przekór wszystkim stereotypem, panował tam porządek. Łóżko było zaścielone, a książki schludnie poukładane na regale niedaleko okna. Na biurko nie dopatrzyłam się ani jednego, zbędnego zwoju pergaminu i nawet atrament oraz pióro miały swoje, ściśle wyznaczone, miejsce. Pedant. Pomyślałam rozbawiona. Theodor zamknął za nami drzwi i poczułam się trochę nieswojo. Jego obecność mnie peszyła, pomijają już fakt, że znajdowaliśmy się w JEGO sypialni, SAMI. Wzięłam wdech i z uśmiechem odwróciłam się do Krukona.
– Więc… ? – zaczęłam, nie bardzo wiedząc, jak powinny wyglądać te, nasze „korki”. Theodor podszedł do biurka i z szuflady wyjął kilka książek. Odsunął dla mnie krzesło, sugerując, że powinnam usiąść. Tak też zrobiłam. Krukon otworzył pierwszą książkę, a potem zaczął rozglądać się za miejscem do siedzenia. W końcu leniwie machnął różdżką i przetransmutował stolik nocny w solidne krzesło. Dobra, to było niezłe, bo transmutacji mebli dopiero zaczęliśmy się uczyć. Przysunął się do mnie, sprawiając, że nasze ramiona się stykały, a potem zaczął tłumaczyć mi ostatnią lekcję z eliksirów. To nie był konieczne, bo jeśli chodziło o przygotowanie prostego eliksiru leczącego, byłam specem. Tak naprawdę tą miksturę ważyłam kilka razy w miesiącu na różne dolegliwości. A to złapałam katar, a to znowu ból głowy. Jeśli chodziło o praktykę nie byłam najgorsza, dużo oporniej szło mi wkuwanie formułek i list składników. Kiedy miałam recepturę przed oczyma, szło mi jak z płatka. Mimo to, nie chciałam mu przerywać. Objaśniał wszystko z takim skupieniem, że tylko człowiek bez serca (czytaj: na przykład Cam) mógłby mu przerwać.
Po piętnastu minutach całą teorię mieliśmy za sobą. Theodore uśmiechnął się do mnie i zapytał:
– I co? Rozumiesz coś z tego, czy wszystko bardziej skomplikowałem?
– Teraz to prościzna – powiedziałam, a potem w kilku krokach podałam sposób przygotowania eliksiru. Widziałam, że Krukon czuje się dumy z siebie, a ja cieszyłam się, że mogłam go uszczęśliwić.
– Może przyniosę coś do picia, od tego gadania zaschnął mi w gardle – powiedział chłopak i wstał z krzesła, które nie tak dawno było stolikiem nocnym.
– Jasne – przytaknęłam, a zaraz potem drzwi się otworzyły. Do sypialni Krukona weszła Silvia. Niosła dzbanek lemoniady i trzy szklanki na drewnianej tacce.
– Pomyślałam, że może macie ochotę…? – powiedziała w niemym zapytaniu. Theodore uśmiechnął się do niej.
– Jasne! Usiądziesz? – zapytał, wskazując łóżko. Blondynka skinęła głową i wciskając mi w ręce tacę, usiadła obok Theodore’a na łóżku. Aha. Pomyślałam, stawiając dzbanek i szklanki na biurku. Silvia zaczęła niezobowiązującą rozmowę, a Theo chętnie podjął temat. Rozlałam lemoniadę na trzy szklanki i wzięłam sobie jedną. Dość długo siedziałam, popijając słodki do obrzydzenia napój i przysłuchiwałam się ich rozmowie. W końcu, poddenerwowana odchrząknęłam i para prefektów sobie o mnie przypomniała.
– A ty co myślisz? – zapytała Silvia z uśmiechem. Jedyne co mogłam odpowiedzieć to przeciągłe „eee..”, bo tak naprawdę byłam zielona w temacie numerologii, a o tym właśnie rozmawiali. Napiłam się lemoniady. Theodore wstał i podał szklankę Silvii, a potem sam się napił.
– Świetna – skomentował. Jak dla mnie była za słodka, ale co ja tam wiedziałam… Silvia znów się uśmiechnęła, a potem położyła rękę na jego ramieniu i powiedziała:
– Zostawię was, pewnie macie mnóstwo nauki. – Mrugnęła do mnie i wyszła. Theo opróżnił całą szklankę i odstawił ją na biurko.
– Na czym skończyliśmy? – zapytał i znów usiadł obok mnie.
– Na tym, że ogarnęłam eliksir leczniczy – powiedziałam trochę oschle i szczerze sama nie wiedziałam dlaczego. Theodore niezrażony moim tonem uśmiechnął się zachęcająco i przeskakują parę tematów w podręczniku, zaczął ze mną omawiać wywar żywej śmierci.
***

Madeline

Ruszyłam przez las, nie zwracając większej uwagi na Jacoba. Jak dla mnie to mógł się zgubić. Oświetlałam sobie drogę różdżką, rozglądając się za potrzebnymi ziołami i roślinami.  Zdusiłam krzyk, kiedy prawie wpadłam na pajęczynę, rozwieszoną między dwoma drzewami. Nienawidziłam pająków. McAdams westchnął ciężko, a jego oddech poczułam na karku. Musiał stać bardzo blisko. Odwróciłam się w celu powiedzenia mu, żeby spadał, ale on mnie uprzedził i zapytał:
– Dlaczego po prostu nie przywołamy tych krzaków zaklęciem?
–Może dlatego, że magiczne rośliny tracą większość swojej mocy, kiedy oddziałuje na nie magia innego rodzaju?  Co ty zazwyczaj robisz na zielarstwie? – Nie wierzyłam, że Jacob był aż takim ignorantem.
– Patrzę, jak się wymądrzasz przed Longbottomem – rzucił z kpiącym uśmieszkiem.
– Bardzo zabawne – powiedziałam z przekąsem, a potem ruszyłam na przód, omijając pajęczynę.

Znaleźliśmy już siedem z dziesięciu roślin, które były na naszej liście. Właściwie ja znalazłam, podczas gdy McAdams wlókł się z tyłu, niosąc fiolki. Prawie przegapiłam Strzałecznik Smoczy, bo coś cały czas nie dawało mi spokoju. Dlaczego Jacob skłamał nauczycielowi w sprawie naszego „związku”? Kiedy podszedł do mnie z pustą fiolką, postanowiłam się dowiedzieć.
– Chcę o coś zapytać – powiedziałam, nachylając się, żeby ostrożnie zebrać roślinę. Jej liście, przypominające smocze łuski, były dość ostre.
– Pytaj – rzucił Jacob, wzruszając ramionami.
– Liczę na poważną odpowiedź. – Odwróciłam się, wręczając mu fiolkę ze Strzałecznikiem. Kiwną głową.
– Dlaczego odstawiłeś takie przedstawienie przed Allenem? – zapytałam, a on charakterystycznie zagryzł policzek od środka. Widziałam, że się waha. Po kilku sekundach wypuścił głośno powietrze i zapytał:
– Ty naprawdę nie masz o niczym pojęcia? – Zmarszczyłam brwi.
– O czym, znowu? – zapytałam powoli, podejrzliwie mrużąc oczy.
– Allen najwidoczniej coś do ciebie ma. Wszyscy to zauważyli.
– Co „ma”? – zapytałam, obawiając się tego, co zaraz usłyszę.
– No leci na ciebie. Czy coś… – powiedział Jacob, jakbym była małym dzieckiem i pytała o zastosowania pasty do zębów.
– Nie wydurniaj się, to nauczyciel – rzuciłam, choć naszły mnie wątpliwości. Allen faktycznie dziwnie się zachowywał w stosunku do mnie, trzeba by było być ślepym i głuchym, żeby to przeoczyć…  Postanowiłam zapytać o to Cam i Ali, jednak Jacob nadal nie odpowiedział na moje pytanie.
– Nawet jeśli założymy, że Allen coś do mnie ma, a nie mówię, że tak jest, to nadal nie tłumaczy, dlaczego mu powiedziałeś, że jesteś moim chłopakiem.  – Nastała cisza, podczas której z satysfakcją patrzyłam jak Jacob próbuję wymyślić coś sensownego.
– Myślałem, że jeśli dowie się, że jesteś zajęta, odpuści – powiedział w końcu Ślizgon, ale nie uwierzyłam mu. Musiało być drugie dno.
W końcu znaleźliśmy trochę Pyłkowego mchu i ruszyliśmy w drogę powrotną. Na początku błądziliśmy, ale koniec końcu wyszliśmy z lasu. Camilli i Drake’a jeszcze nie było, więc musieliśmy na nich zaczekać. Miałam nadzieję, że szybko uporają się z ich listą i nie będę musiała siedzieć w niezręcznej ciszy z Jacobem.
*

Camilla

Szłam kilka metrów za Drakiem, rozglądając się uważnie. Chciałam jak najszybciej skończyć szlaban i spotkać się z dziewczynami w moim dormitorium. Nagle młodszy Saffron przystanął, a ja na niego wpadłam. Od razu czułam, że moje policzki zrobiły się czerwone. Miałam tylko nadzieję, że nie zauważył tego w tych ciemnościach.
– Sorry – mruknęłam, speszona.
– Miałem cię o coś zapytać – powiedział Drake, jakby scena przed chwilą nie miała miejsca.
– Pytaj. – Wzruszyłam ramionami.
– Co jest między Moon i McAdamsem?  – Zmarszczyłam brwi, bo nie wiedziałam, co powinnam mu odpowiedzieć.
– A co ma być? – zadałam pytanie. Drake wahał się chwilę.
– No, wyglądają jakby byli razem… czy coś…
– Z tego co wiem, to raczej nic ich nie łączy, a Madie chyba nawet go nie lubi.
– Ona nikogo nie lubi – rzucił Drake i ruszył w dalszą drogę.
Chwilę potem znaleźliśmy kolejne rośliny z naszej listy. Zostało nam już tylko wyjść z lasu i mieć nadzieję, że Madeline i Jacob również uporali się z ich listą. Odnalezienie drogi było proste, choć dwa razy użyłam zaklęcia czterech stron świata. W końcu dotarliśmy na skraj Zakazanego Lasu. Dwójka Ślizgonów już tam na nas czekała.
– To co? Zanosimy wszystko do cieplarni i zmywamy się do zamku? – zapytał Jacob, podnosząc się ze ściętego pnia, na którym siedział. Wszyscy pokiwali głowami i ruszyliśmy w stronę pomieszczeń, gdzie odbywały się lekcje zielarstwa.
*
Około dziewiątej wieczorem wszystkie dotarłyśmy do mojej sypialni. Alison niezbyt pewnie czuła się w lochach, natomiast Madeline była niemalże u siebie. Za pomocą zaklęcia powiększyłam moje łóżko i teraz bez problemu wszystkie się na nim rozwaliłyśmy. Podejrzewałam, że i tak nie zaśniemy z nadmiaru wrażeń, których dostarczył ten tydzień. Alison otworzyła fasolki wszystkich smaków i bez strachu zjadła jedną. Skrzywiła się trochę.
– Co miałaś? – zapytałam, nie kryjąc rozbawienia.
– Farbę malarską.
– O fuuu – stwierdziła Madie, teatralnie odwracając głowę.
– Teraz wasza kolej! – Alison podsunęła mi paczkę. Niechętnie sięgnęłam po fasolkę, była zielona. Obrałam to za dobrą wróżbę, w końcu zieleń i srebro to barwy Slytherinu. Ostrożnie włożyłam ją do ust, a potem poczułam smak ogórków.
– I co? – zapytała Madeline, przyglądając mi się badawczo.
– Ogórki kiszone. Teraz ty – Podałam jej opakowanie. Ciemnowłosa długo się wahała, aż w końcu wyjęła jedną z fasolek. Była żółta.
– Mam nadzieję, że to cytryna – mruknęła Madie, zanim ją zjadła. Po chwili uśmiechnęła się, przeżuwając fasolkę ze smakiem.
– I co? Cytryna? – zapytała Ali. Madie pokręciła głową.
– Lepiej, adwokat.
– Szczęściara – mruknęłam. Nagle z salonu zaczęły dobiegać dudniące dźwięki. Chyba wiedziałam czyja to sprawka, więc poleciłam zostać dziewczynom w sypialni, a sama ruszyłam do salonu.
Nie byłam zaskoczona, widząc, jak Michael przesuwa kanapę pod ścianę, w stronę kominka. Reszta mebli również została przestawiona, a na stole, który teraz stał obok wejścia, stało kilka butelek z bliżej nieokreśloną zawartością.
– Co ty robisz? – zapytałam, starając się zachować spokój. Michael zostawił na chwilę meble i uśmiechnął się do mnie. Nie był to przyjazny uśmiech. Próbowałam telepatycznie wezwać na pomoc Seana, bo on z pewnością jakoś normalnie wytłumaczyłby mi zaistniałą sytuację. W ogólne, jakim prawem Saffron przemeblowuje dormitorium prefektów?! Chyba widział, że jestem podirytowana, więc odpuścił wszystkie gierki słowne i przeszedł do konkretów.
– Jest impreza – powiedział. Uniosłam wyżej brew. – Tutaj – dodał i pokazał na podłogę.
– To teraz zaprosisz wszystkich gości do siebie, bo TUTAJ żadnej imprezy nie będzie – powiedziałam, krzyżując ręce na piersiach.
– I widzisz, to właśnie twój problem – powiedział, uśmiechając się lekceważąco.
– Jaki znowu problem? – zapytałam sucho.
– Z jednej strony chcesz, żeby cię lubili i nie uważali za nudziarę, a z drugiej nie integrujesz się z…
– Z bandą pijanych siódmoklasistów? Daruj moją wybredność – irronizowałam. Michael wywrócił oczami, a potem odwrócił się przez ramię i krzyknął:
– Sean! – Nie było żadnego odzewu, więc spróbował znowu: – Glant, rusz tu swoje dupsko! – Tym razem ściana, skrywająca przejście do sypialni drugiego z prefektów, się przesunęła i salonie pojawił się Sean Glant.
– Co znowu? – rzucił w stronę Michaela, a zaraz potem mnie zauważył. Nie potrzebował wyjaśnień, żeby w mig pojąć, kto jest źródłem problemu. Podrapał się w tył głowy.
– Rozumiem, że nie możemy… – Nie dałam mu dokończyć:
– Nie, nie możecie sprosić tu połowy Howartu, upić się do nieprzytomności i palić tego czegoś, co zazwyczaj tak strasznie śmierdzi.
– Rozumiem – powiedział Glant, całkiem ugodowo, co mnie zaskoczyło, ale on zawsze miał więcej rozumu niż Saffron.
– I co? Po prostu odpuścimy, bo ona… – zaczął oburzać się Michael, bezczelnie pokazując mnie palcem. Sean  mu przerwał i zwrócił się do mnie:
– Jeśli poinformujemy cię z wyprzedzeniem, zgodzisz się na organizowanie imprez w naszym salonie? – Kiwnęłam głową, bo tak naprawdę nie miałam z tym większego problemu, o ile „goście” będą się trzymać z dala od mojej sypialni.
– Jasne – powiedziałam.
– Czy jutro byłoby w porządku? – zapytał zaraz Glant. Właściwie nie miałam powodu, żeby odmówić, najwyżej do późna posiedzę w bibliotece, a o dziesiątej miałam się widzieć z Drakiem.
– Tak – zgodziłam się, a na usta Seana wpełzł uśmiech, pełen satysfakcji. Michael tylko wywrócił oczami.
– Skoro nici z imprezy to ja wybywam – powiedział, zmierzając w stronę drzwi.
– Nie tak szybko, ktoś musi sprzątnąć ten bajzel… – przypomniałam z wrednym uśmiechem. Czułam, że Michael wywierca mi dziurę w tyle głowy, kiedy wracałam do sypialni. Dopisałam do swojego konta kolejną wygraną.
*
Kiedy wróciłam do swojej sypialni dziewczyny zarzuciły mnie gradem pytań, jednak powiedziałam, że nic im nie zdradzę, dopóki Alison nie opowie o korkach z Theodorem, a Madie nie streści tego, co działo się po lekcji obrony przed czarną magią. Niestety musiałam się zadowolić zdawkową relacją Ali z korepetycji i pozbawioną emocji opowieścią Madeline. Sama zdradziłam im, że widzę się jutro z Drake’iem. Madie była bardziej podekscytowana niż ja. Rozmawiałyśmy dobre pół godziny, podbierając fasolki Bertiego Botta. Pomimo nieprzyjemnego incydentu z mydłem, bawiłyśmy się świetnie.
Dochodziła dziesiąta, a więc godzina ciszy nocnej, kiedy rozległo się pukanie do drzwi w salonie. Doskonale je słyszałam w mojej sypialni. Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, kto to mógł być. Pewnie Michael zapomniał czegoś zabrać. Na przykład mózgu…  Przeszło mi przez myśl, ale nie pofatygowałam się, żeby to sprawdzić. Dziewczyny patrzały na mnie wyczekująco, ale tylko wzruszyłam ramionami. Kumple Seana to nie był mój problem. Nasłuchiwałyśmy z Madie i Ali, czekając, aż Glant otworzy. Tak też się stało, ale głos który potem usłyszałam, wcale nie należał do Michaela. Nawet nie był to męski głos. Zerwałam się z łóżka.
– Cholera – przeklęłam, kiedy potknęłam się o własną torbę z książkami. Niemalże wpadłam na ścianę, a potem do salonu. Tak jak sądziłam, w progu pomieszczenia stała niewysoka szatynka o nieprzeciętnie dużych oczach. Trzymała w rękach jakąś białą, puchatą kulkę i patrzała na mnie prosząco i wyczekująco zarazem. Sean, który trzymał drzwi, zaprosił ją do środka. Dostrzegłam rumieńce na jej policzkach, kiedy Glant uśmiechnął się zachęcająco. Czyżby moja, młodsza kuzynka leciała na prefekta Slytherinu? Parsknęłam śmiechem i podeszłam do nich.
– Znacie się? – zapytałam, patrząc na Seana. Chłopak pokręcił głową, więc przeniosłam wzrok na moją kuzynkę.
– Sean to jest Jennifer Clarke, Jenny, to Sean Glant.
– Miło mi – powiedział Ślizgon i wyciągnął do niej rękę. Brunetka zrobiła się tak czerwona, jak jeszcze nigdy. Przełożyła to białe coś z jednej ręki do drugiej i uścisnęła dłoń Seana.
– Jesteście… siostrami? – zapytał chłopak, sugerując się takim samym nazwiskiem.
– Kuzynkami – powiedziałam, a on kiwnął głową. Jenny wpatrywała się w niego, jak w obrazek. Glant pożegnał nas i  zaszył się w swoje sypialni.
– Ymm… Jenny, co ty tu robisz? – zapytałam, kiedy pan prefekt zniknął za przesuwaną ścianą. Jennifer odprowadziła go spojrzeniem, a potem niechętnie spojrzała na mnie.
– Mamy problem…
– My? – zapytałam, unosząc wysoko brwi. Wtedy to białe coś uniosło łepek. Teraz do mnie dotarło, że to był malutki piesek. Istna miniaturka.
– Ratuj, Cam. On piszczy! – Pacnęłam się ręką w czoło.
– Nie możesz trzymać psa w Hogwarcie – syknęłam, prowadząc ją do mojej sypialni.
– A co miałam z nim zrobić? Rodzice powiedzieli, że nie chcą psa – tłumaczyła załamana Jenny.
– A dziwisz się? Pies to same problemy – zawyrokowałam. Nie przepadałam za tymi czworonogami, solidarnie trzymałam stronę kotów. Wpuściłam Jennifer do mojej sypialni. Alison zaraz się poderwała z łóżka i zaczęła rozczulać się nad psem.
– O matko, ale on jest malutki – mówiła z uśmiechem.
– Jaka to rasa? – zapytała Madie, stając obok mnie. Ona kochała wszystkie zwierzęta.
– Cavalier – odpowiedziała dumnie Jenny. Wywróciłam oczami.
– Jak się nazywa? – zapytała Ali, drapiąc psa za uchem.
– Właściwie to…
– Nie nazwałaś go jeszcze? – zdziwiłam się, bo Jennifer odkąd tylko pamiętam marzyła o psie. – Nazwij go Kawaler i będzie po problemie.
– Kawaler? – Ali coś nie pasowało w tym imieniu. Wzruszyłam ramionami.
– Raczej towarzystwa sobie nie znajdzie, bo, tak tylko przypomnę, W HOGWARCIE NIE MOŻNA MIEĆ PSA!
– Ale spójrz na niego! – Jenny podetknęła mi zwierzę pod nos. Piesek trochę się trząsł, a nagle wydał przeraźliwie piskliwy dźwięk.
– Nie wiem, czemu tak piszczy – powiedziała smutno Jennifer i przytuliła swój skarb. Wywróciłam oczami.
– I co mam z nim zrobić? – zapytała w końcu sceptycznie.
– Czasem przed ciszą nocną mamy kontrolę pokoi, tak jak dziś, a on zaczął piszczeć i…
– A gdzie ty go trzymasz? – zapytała ciekawa Madie.
– No… I tu mamy problem… Chciałam trzymać go w pokoju, ale zmienili mi współlokatorki i te nowe… Nie są zbyt…
– Miłe? Nie gadaj, w Hufflepuffie wszyscy są mili – wtrąciłam.
– Ale Nicole i Emily są strasznie cięte na zasady. Emily mówi, że zostanie za rok prefekt naczelną.
– Widzę, że ma poczucie humoru… – mruknęłam.
– Czyli nie możesz go trzymać u siebie? – upewniła się Alison. Jenny pokiwała głową.
– Więc co…? –zapytałam ostrożnie.
– No… Może by zamieszkał u ciebie…? – zapytała ostrożnie Puchonka.
– Mowy nie ma!!!
– Cam, proszę… – powiedziały na raz Alison i Jennifer.
– Chyba mam pomysł – wtrąciła Madeline. Posłałam jej spojrzenie bazyliszka.
– Niech przez tydzień meszka u ciebie, przez tydzień u Ali, a od czasu do czasu ja go wezmę – powiedziała Madie i uśmiechnęła się do mojej kuzynki.
– Mogłybyście to zrobić? – Oczy Jenny zalśniły. Westchnęłam ciężko.
– Ale ja go nie wyprowadzam… – mruknęłam w końcu posępnie, a Jennifer rzuciła mi się na szyję.
Świetnie, pies był właśnie tym, o czym teraz marzyłam. Moja kuzynka została z nami, wysłuchując opowieści z całego tygodnia. Ustaliłyśmy, że Kawalera na pierwszy tydzień weźmie Ali. Potem przejmę go ja, a na końcu Madie. Dziewczyny w pewnym momencie próbowały wymyśleć mu imię, ale ja zasnęłam. To był długi tydzień.




W końcu udało mi się opublikować trzeci rozdział! Akcja powoli nabiera tępa, ale dajcie jeszcze temu wszystkiemu trochę czasu :P Mam nadzieję, że zostawicie po sobie jakieś komentarze i do następnego!
~Pani M.